Jest takie przekonanie, które siedzi w ludziach bardzo głęboko.
Czasem wypowiedziane wprost, a czasem tylko czute gdzieś pod spodem:
„Żeby poradzić sobie z emocjami, lękiem, napięciem – ktoś musi mnie tego nauczyć. Najlepiej specjalista.”
I jasne — specjaliści są potrzebni. Terapia ma sens.
Ale problem zaczyna się wtedy, gdy razem z tym przekonaniem oddajemy coś znacznie ważniejszego.
Oddajemy wiarę, że mamy w sobie jakąkolwiek naturalną zdolność do radzenia sobie ze sobą.
A to… po prostu nieprawda.
Zanim byłeś dorosły, już to potrafiłeś
Małe dziecko nie zna pojęcia „autoterapia”, „samoterapia” ani „zostań swoim terapeutą”.
A mimo to:
- płacze, kiedy jest mu źle
- szuka bliskości, kiedy się boi
- złości się, kiedy ktoś przekracza jego granice
- uspokaja się, kiedy czuje się bezpieczne
Nie dlatego, że ktoś je tego nauczył.
Tylko dlatego, że tak działa ludzki układ nerwowy, gdy nikt mu nie przeszkadza.
Dopiero później zaczyna się tresura:
- „nie przesadzaj”
- „ogarnij się”
- „inni mają gorzej”
- „weź się w garść”
I krok po kroku tracimy kontakt z tą prostą, pierwotną umiejętnością:
bycia w relacji ze sobą, kiedy jest trudno.
Krótka historia z życia (prawie jak z gabinetu)
Pozwól, że opowiem Ci o „Marku” (imię zmienione, reszta – bardzo życiowa).
Marek przyszedł kiedyś z klasycznym zdaniem:
„Ja chyba nie potrafię pracować nad sobą. Potrzebuję, żeby ktoś mi mówił, co mam robić.”
Kilka spotkań później, w zupełnie niepozornej chwili, powiedział:
„Wiesz co… ja chyba pierwszy raz po prostu usiadłem i zapytałem siebie, co mi jest. I nie uciekłem.”
I wtedy spojrzał na mnie, jakby sam był zdziwiony:
„To było… dziwnie znajome.”
No właśnie.
Nie nowe. Znajome.
To jest dokładnie ten moment, w którym ludzie odkrywają, że autoterapia nie polega na uczeniu się egzotycznych technik.
Ona polega na odzyskaniu dostępu.
Autoterapia nie jest „robieniem czegoś ze sobą”
Tu jest kluczowa różnica, której często nikt nie nazywa.
Autoterapia / samoterapia to nie jest:
- poprawianie siebie
- naprawianie siebie
- napinanie się, żeby być „lepszą wersją”
To jest zaprzestanie opuszczania siebie w trudnych momentach.
Zamiast:
„Muszę się ogarnąć”
pojawia się:
„Widzę, że jest mi ciężko – i zostaję przy sobie.”
Brzmi banalnie?
Tak samo banalnie jak oddychanie.
Dopóki go nie zabraknie.
„Zostań swoim terapeutą” – co to naprawdę znaczy?
Niektórzy słyszą hasło „zostań swoim terapeutą” i reagują alergicznie.
Jakby ktoś im mówił: „radź sobie sam i nie zawracaj głowy”.
A to kompletne nieporozumienie.
W praktyce to hasło oznacza:
- rozwijanie zdolności zauważania swoich stanów
- reagowanie na siebie z ciekawością zamiast krytyki
- regulowanie napięcia zamiast jego tłumienia
Czyli dokładnie to, co robisz zanim zadzwonisz po pomoc.
Albo równolegle do niej.
Autoterapia nie zastępuje terapii.
Ale bez niej żadna terapia nie działa długofalowo.
Dlaczego to działa nawet wtedy, gdy „nie wierzysz w takie rzeczy”
Bo tu nie chodzi o wiarę.
Chodzi o biologię i psychologię.
Twój układ nerwowy:
- uspokaja się w odpowiedzi na bezpieczeństwo
- reaguje na uważność
- reguluje się przez kontakt, nawet wewnętrzny
Kiedy zaczynasz traktować siebie jak kogoś, kogo warto wysłuchać,
organizm robi resztę.
Bez magii. Bez afirmacji w lustrze. Bez udawania, że jest super.
A jeśli ktoś potrzebuje struktury?
I tu dochodzimy do ważnej rzeczy.
Dla jednych wystarczy sama zmiana perspektywy.
Inni potrzebują ram, procesu, prowadzenia.
I to jest w porządku.
Właśnie dlatego powstają programy autoterapeutyczne, ćwiczenia, e-booki –
nie po to, żeby „naprawić” człowieka,
ale żeby pomóc mu wrócić do tej naturalnej zdolności, którą kiedyś miał.
Jeśli ktoś czuje, że chce to przejść w sposób bardziej uporządkowany, może sięgnąć po narzędzia takie jak „Powiedz stop lękom, fobiom, ograniczającym przekonaniom – Twój dziesięciotygodniowy program autoterapeutyczny” albo inne materiały, które są dostępne w moim sklepie.
Nie jako proteza.
Jako mapa.
Na koniec najważniejsze
Autoterapia nie jest czymś, co zaczynasz, kiedy już jesteś gotowy.
Ona zaczyna się w momencie, w którym przestajesz uciekać od siebie.
Nie musisz wiedzieć, co dalej.
Nie musisz mieć planu na dziesięć kroków.
Wystarczy jeden ruch:
zostać przy sobie wtedy, gdy normalnie byś się porzucił.
Reszta… przychodzi zaskakująco naturalnie.





Tekst zostaje w głowie na dłużej.Mało który tekst sprawia, że zatrzymuję się na stronie na dłużej – ten się udał. Forma i treść – jedno wspiera drugie. Lubię, gdy autor pisze tak, jakby mówił do jednej konkretnej osoby.